Dzwoniąc do sąsiedniego kraju, Polak płaci trzy razy więcej niż mieszkaniec Unii Europejskiej, a do Stanów Zjednoczonych aż osiem razy więcej.
Na założenie telefonu musi czekać średnio 7 miesięcy, a nie kilka dni, zaś opłaty za korzystanie z Internetu są na tyle wysokie, że ma do niego dostęp dwa razy mniej osób niż w krajach UE.
Komisja Europejska w specjalnym raporcie o rynku łączności Polski i innych państw kandydackich podkreśla: sytuacja w naszym kraju rozwija się w dobrym kierunku, ale zwłokę w prywatyzacji TP SA i liberalizacji rynku trzeba będzie długo nadrabiać.
Lokalne porównywalne
Najwięcej zostało do zrobienia w połączeniach międzynarodowych. Otwarcie rynku teoretycznie nastąpiło tu bowiem z początkiem roku, jednak ze względów technicznych konkurencja objęła dopiero część kraju. Dlatego 10-minutowa rozmowa do sąsiedniego kraju, która w UE kosztuje średnio 2,32 euro, w Polsce 4,2 euro, a jeśli uwzględnić moc nabywczą złotego - 7,6 euro.
Różnice są jeszcze większe przy rozmowach do USA - 2,31 euro w UE (10-minutowe połączenie) wobec 10,5 euro w Polsce (18,8 przy uwzględnieniu mocy nabywczej złotego). Eksperci Komisji spodziewają się jednak gwałtownego spadku tych stawek. W UE w ciągu 3 pierwszych lat po liberalizacji rynku zredukowano je o ponad 40 proc., ale z poziomu dużo niższego niż w Polsce. W ostatnich 6 latach ceny rozmów z Brukseli do Warszawy spadły sześciokrotnie, gdyż belgijscy operatorzy zasadniczo zmniejszyli marżę zysku (w drugą stronę to nie nastąpiło).
Ceny rozmów lokalnych, gdzie rynek jest otwarty na konkurencję od paru lat, są w Polsce porównywalne do UE. Za 3-minutową rozmowę trzeba zapłacić w UE 14 eurocentów wobec 8,7 w Polsce (15,6 przy uwzględnieniu mocy nabywczej złotego). Podobnie jest przy rozmowach międzymiastowych: 35,5 centa za 3 minuty w UE, 36,7 centa w Polsce. Jeśli jednak uwzględnić polskie zarobki, rozmowy są relatywnie dwa razy droższe (65,6 centa). Tak samo jest z miesięcznym abonamentem: w UE kosztuje 11,78 euro, a w Polsce 10,7 euro. Jednak przy uwzględnieniu mocy nabywczej złotego będzie to już 19,1, prawie dwa razy więcej niż w UE.