Francuski entomolog Jean Henri Fabre w swym dziele "Życie owadów" napisał: "Jakiekolwiek jest niebo, żuki gnojowe zawsze przepowiedzą pogodę dobrą lub złą lepiej niż barometr, myląc się rzadziej niż stacje meteorologiczne". Pogoda dla telefonii komórkowej jest coraz lepsza, ale dalej łatwo się pomylić i trafić na potężną ulewę. Tak jest z nowymi usługami.
Zakończony właśnie doroczny kongres branży we francuskim Cannes pokazał, że wciąż znajdujemy się w okresie przejściowym między technologią drugiej generacji (GSM) i trzeciej (UMTS). Jedna epoka się kończy, druga jeszcze się nie zaczęła. Oto fin de siecle, skutkujący zagubieniem i niepewnością jutra. Wciąż brakuje w branży świeżego powiewu.
Trzeba przyznać, że producenci sprzętu i operatorzy sieci komórkowych nabrali pokory. Nie snują już zapierających dech w piersiach wizji i nie zarzucają tak nachalnie użytkowników niewiele im jeszcze mówiącymi skrótami: UMTS, GPRS, EDGE, czy WiFi. Gdy mają obwieścić coś przełomowego, gryzą się w język. Niczym św. Graala szukają tzw. killer application - usług, które rzucą klientów na kolana. Czy je znajdą?
Owszem, karierę robią telefony z wbudowanym aparatem fotograficznym - w ubiegłym roku sprzedano ich więcej niż samodzielnych "cyfrówek". Problem w tym, że rzadko kto przesyła zrobione w ten sposób zdjęcie, generując ruch w sieci. To zbyt skomplikowane i nie ma gwarancji, że osoba po drugiej stronie ma odpowiednią komórkę.
Mam wrażenie, że operatorzy pokładają zbyt wielkie nadzieje w przekazie obrazu, a przecież łączność wideo może zabić magię nieskrępowanej rozmowy telefonicznej. W końcu wideokonferencje w sieci kablowej na razie się nie przyjęły. Kolejny pomysł lansowany w Cannes to wizualizacja poczty głosowej, np. zostawiam komuś wiadomość w postaci klipa wideo albo wysyłam wideo maila.
Niektórzy widzą świetlaną przyszłość muzyki w komórkach. Na ściąganie dzwonków - według Alcatela - przypada już 10 proc. obrotów przemysłu muzycznego. Kiedyś był to prymitywny brzęczyk, potem dzwonki polifoniczne, a teraz mamy już przyzwoitej jakości muzykę w formacie MP3. Jaki problem, by pójść krok dalej i zamienić telefon w przenośny odtwarzacz muzyki? Na razie bez dodatkowej pamięci można sobie na ogół pozwolić na wgranie tylko kilku utworów. Inna przeszkoda w rozwoju takich aplikacji to nieuregulowana kwestia praw autorskich.
Na razie największym zawodem są dla mnie płatności przez komórkę, które nie mogą wyjść poza prace standaryzacyjne i spory operatorów z bankami oraz organizacjami obsługującymi karty płatnicze.
Obsługa w komórce czegoś więcej poza rozmową telefoniczną staje się coraz bardziej skomplikowana. Dlatego europejscy operatorzy zastanawiają się, czy nie wprowadzić funkcji push-to-talk, która umożliwia szybkie połączenie (jak przez krótkofalówkę) z inną osobą lub grupą osób poprzez naciśnięcie specjalnego klawisza (w grę wchodzą też inne usługi). W USA push-to-talk używa 12 mln osób, w Europie pierwszy wprowadzi ją zapewne Orange.
Kiedy przedstawiciele branży usiłują przewidzieć dalszy rozwój usług i zainteresowanie nimi klientów, przypomina mi się stary dowcip o szamanie, który dwa razy błędnie przepowiedział surową zimę, nakazując Indianom robić zapasy chrustu. Za trzecim razem postanowił poradzić się meteorologów. Kiedy zapytał ich, czy zima będzie lekka, czy mroźna, usłyszał: - Oj, zima będzie bardzo mroźna! Indianie od dwóch lat zbierają chrust.
Podobnie jest z producentami telefonów i operatorami. Tylko kto tu jest szamanem, a kto meteorologiem?